Blogger Tips and TricksLatest Tips For BloggersBlogger Tricks
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azjatyckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azjatyckie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

Tokyo Gore Police (2008)


TOKYO GORE POLICE / TOKIJSKA POLICJA GORE (2008)
reż. Yoshihiro Nishimura; scen. Kengo Kaji, Yoshihiro Nishimura 
kraj produkcji: Japonia, USA


Chodzą ostatnio za mną jakieś brutalne produkcje, gdzie posoka będzie lała się litrami, będzie można pooglądać sceny tortur i różne dziwne dewiacje. Krążąc po sieci w poszukiwaniu takowych filmów przewijała mi się często nazwa "Tokyo Gore Police". Długo nie myśląc wziąłem się za oglądanie, bo nie dość, że gore ma w tytule, to jeszcze jest to film azjatycki, do którego mam ogromną słabość. Miałem spore oczekiwania, bo w końcu ten tytuł jest prawie w każdym zestawieniu brutalnych filmów, więc czy coś mogło pójść nie tak?

Akcja filmu toczy się w tytułowym mieście, gdzie służby bezpieczeństwa zostały sprywatyzowane. Są bardziej skuteczni, ale jednoczeście bardziej brutalni. W Tokio panuje wysyp tak zwanych "inżynierów" - ludzi z wszczepionym guzem w kształcie klucza, który sprawia, że po okaleczeniu danej części ciała wychodzi z niej jakaś niebezpieczna broń. Najlepszą w oddziale do eksterminacji mutantów jest Ruka, główna bohaterka filmu. Jej celem jest wykończenie wszystkich inżynierów, by Tokio było oczyszczone z przestępczości.

Film w kategorii gore sprawdza się z jednej strony wybitnie, bo trzeba przyznać, że posoka leje się gęsto, czasem aż za gęsto, trupów jest od groma, odcinanie kończyń i innych tego typu rzeczy jest sporo, więc w sumie wszystkie warunki aby być dobrym filmem gore zostają spełnione. Otóż grubo się mylicie. Efekty są zrobione półamatorsko, krew jakaś taka rzadka i przezroczysta, a same sceny miejscami bardziej przypominają komedię niż poważne mordowanie inżynierów. Oczywiście, jeśli do tego filmu podejdzie się z przymrużeniem oka to może się nawet podobać, lecz ja chyba za bardzo się napaliłem na dobrą produkcje, patrząc dodatkowo na to, że główną rolę gra tutaj Eihi Shiina, która przecież tak świetnie zagrała w "Audition" z 1999 roku. 

Tokyo Gore Police to film nie dla każdego. Fani gore zawiodą się małym realizmem scen, nienaturalnie prezentującą się krwią i fabułą która została źle wykorzystana. Z kolei fani grozy nie znajdą tu nic dla siebie, bo straszenia w tym nie ma, bardziej nastawiony jest film na szokowanie, a wychodzi z tego niestety groteska. Plus ogromny dla Eihi Shiiny, bo ona ratuje ten film na tyle, że da się go obejrzeć.

SCREENY







TRAILER


OCENA
3/10


niedziela, 31 marca 2019

Ju-on: The Final Curse (2015)


JU-ON: THE FINAL CURSE (2015)
reż. Masayuki Ochiai; scen. Masayuki Ochiai, Takashige Ichise
kraj produkcji: Japonia

Po długiej, ponad piętnastoletniej niekończącej się serii przyszła wreszcie pora na finał. Nie powiem, po filmie z roku 2014 mój apetyt na Ju-on znów trochę się podniósł, bo film mimo iż inny to trzymał fason starych części reżyserowanych przez Shimizu. Jak widzicie, plakat zwiastuje nam tu liczbę 4, lecz z moich obliczeń wynika, że to już ósma część sagi, która póki co ma być tą finałową.

Historia w filmie jest płynną kontynuacją tego co widzieliśmy w poprzedniczce. Wprowadzone natomiast są niespodziewane zmiany, jak na przykład to, że kultowego domu, w którym panowała klątwa już nie ma, a cała historia w końcu ma jakieś sensowne zakończenie (co prawda dalej otwarte, ale mimo wszystko). Narracja jest poprowadzona w klasyczny sposób, czyli film jest podzielony na epizody, gdzie każdy opowiada o innej osobie. Patent sprawdzony i udany, więc nie było potrzeby tego zmieniać. Historia też jest strasznie spójna z poprzednim filmem z serii i wyjaśnia się wiele wątków, które tam były pominięte.

Groza w filmie jest jeszcze na wyższym poziomie niż w poprzedniku. Reżyserowi udało się idealnie dozować napięcie, są momenty suspensu i jest też sporo straszaków. Szczerze powiedziawszy nie sądziłem, że w przeciągu roku uda się zrobić ponownie równie dobrą część Ju-on jak poprzedniczka i na szczęście się myliłem. Mamy znów zarówno Toshio jak i Kayako, ale warto czekać na zakończenie, bo to muszę przynzać - zaskoczyło niesamowicie. Warto tez zwrócić uwagę na sprawnie zmontowany obraz i sceny, które są najnormalniej w świecie ładne. Dużo momentów jest też kręcone w nocy co dodatkowo podsyca atmosferę niepokoju. Co prawda trochę brakuję tu duszności pierwszych części, sporo dzieje się na otwartych przestrzeniach, ale jest bardzo solidnie.

Ostatnia część Ju-on to znów kawał solidnego azjatyckiego kina. Fani którzy rozkochali się w pierwszych częściach tu nie powinni się zawieźć, a Ci co zaczęli oglądać od filmu z 2014 roku również będą usatysfakcjonowani seansem. Cieszy mnie, że seria nie zjechała w dół jak to bywa często przy tak wielu kontynuacjach, tylko mimo wszystko trzyma ten sam dobry poziom. Jak dla mnie jest to pozycja warta polecenia, może nie tyle na zaznajomienie się z serią, ale jako dobry sequel równie dobrego horroru.

SCREENY







TRAILER


OCENA
7/10

niedziela, 10 marca 2019

Ju-on: Owari no hajimari (2014)


JU-ON: OWARI NO HAJIMARI / KLĄTWA: POCZĄTEK KOŃCA (2014)
reż. Masayuki Ochiai; scen. Masayuki Ochiai, Takashige Ichise
kraj produkcji: Japonia

Ju-on to chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych serii w azjatyckiej kinematografii. Ciągnie się już od 2000 roku, a twórca jej, Takashi Shimizu, stworzył dzieło na tyle wyjątkowe, że wywarło ono wielki wpływ na filmy grozy na całym świecie. Nie dość, że kontynuacji japońskich wersji jest mnogość, to dostaliśmy również kilka amerykańskich odpowiedników. Byłem w niemałym szoku, gdy dowiedziałem się, że w 2014 ukazała się kolejna odsłona tej kultowej sagi, tak więc z wielkimi oczekiwaniami zasiadłem do seansu.

Fabularnie, cóż, każdy kto zna poprzedniczki nie zaskoczy się. Dalej wątek kręci się wokół nawiedzonego domu, w którym mieszkał Toshio oraz Kayako, więc wszystko po staremu. Tak samo ponownie film jest podzielony na epizody, gdzie każdy opowiada o kolejnym bohaterze występującym w filmie. Niby wszystko takie wtórne, mamy wrażenie, że już się to gdzieś widziało, ale mimo wszystko - dalej jest dobre!

Film przede wszystkim trzyma klimat bardzo porównywalny do tego jaki wykreował Shimizu. Napięcie dawkowane jest odpowiednio, są momenty gdzie można się wzdrygnąć, a wszystko to okraszone kultowymi już momentami ciszy przed sceną gdzie ma się coś wydarzyć. Niestety zdarzają się powtórki klasycznych motywów, które już widzieliśmy jak na przykład scena z Kayako wychodzącą z łóżka gdy leży w nim osoba (lecz tym razem z Toshio), czy akcja na schodach, ale jest zaserwowane sporo nowości, przez co film nie nudzi a wtórne sceny ogląda się z uśmiechem na twarzy. Muzycznie w momentach napięcia cisza przeplata się z dark ambientowymi brzmieniami co dodatkowo potęguje uczucie niepokoju, także szacunek dla twórców, że potrafili zachować grozę i nie popsuć dziedzictwa Shimizu.

Ju-on: Owari no hajimari to całkiem sensowna kontynuacja jednej z moich ulubionych azjatyckich serii filmowych. Mimo wtórności twórcy zaprezentowali nową jakość, można się dalej przestraszyć i trzyma w napięciu, czyli jest tak jak powinno być. Szkoda tylko, że historia się nie wyjaśniła, a także że nie ma dodanych jakiś wątków, które byłyby zaskoczeniem dla widza śledzącego sagę od początku. Film niezły, a dla fanów skośnookiego strachu pozycja godna polecenia. 

SCREENY







TRAILER


OCENA
6/10

poniedziałek, 18 listopada 2013

Occult (2009)


OCCULT / OKARUTO (2009)
reż. Koji Shiraishi; scen. Koji Shiraishi
kraj produkcji: Japonia

Znany nam dobrze Koji Shiraishi nie próżnował w roku 2009. Wypluł w nim aż cztery produkcje, z czego jedną z nich jest opisywany teraz Occult. Jest to kolejny film stylizowany na dokument i po obejrzeniu Noroi mieliśmy duże oczekiwania w stosunku do niego, gdyż tamten był genialny.

Koji Shiriaishi zainteresował się tragicznym incydentem, który wydarzył się trzy lata temu, gdzie chłopak zabił dwie osoby a jednego typa zranił nożem ryjąc mu na plecach dziwny znak, a następnie skoczył do morza ze skarpy, natomiast jego ciała nigdy nie odnaleziono. Reżyser zbierał informację od rodzin i znajomych osób, które ucierpiały w tamtym dniu. Odnalazł w końcu Eno, jedynego ocalałego z masakry. Ten mówił mu, że przemawia do niego głos i ukazują się jemu jakieś dziwne cuda (prawdopodobnie UFO). Postanawia się bardziej zagłębić w tej historii i proponuje Eno współpracę, by ten pomógł mu uwiecznić widziane przez niego "cuda". Filmują go cały czas i bywają momenty, gdzie dzieją się zjawiska paranormalne. Z biegiem czasu Koji dowiaduje się, że Eno musi wykonać specjalną ceremonię aby trafić do innego, lepszego świata...

Nie wiem czy spadek formy Koji'ego objawia się zbyt częstym wypluwaniem filmów, czy pomysły mu się skończyły, bo Occult wypada dość przeciętnie. Dobrze, że jest stylizowany na dokument, bo w tym klimacie filmy najbardziej mnie przekonują, ale fabuła nie jest super. Ze strasznych scen jest tylko jedna konkretna, a wspomniane UFO wygląda bardziej jak latająca torebka śniadaniowa. Mimo wszystko film ogląda się całkiem dobrze i nie przynudza, jednak nie ma takiego wielkiego "wow" jak przy Noroi i Grotesque.

Fani Koji'ego poczują się zawiedzeni, a ci co nigdy nie mieli z nim styczności niech nie zaczynają od tej produkcji bo mogą się zrazić. No chyba, że szukają czegoś oryginalnego ze zjawiskami paranormalnymi.

SCREENY




TRAILER


OCENA
4/10

niedziela, 10 listopada 2013

Teketeke (2009)


TEKETEKE (2009)
reż. Koji Shiraishi; scen. Takeki Akimoto
kraj produkcji: Japonia

Koji Shiraishi jest jednym z naszych ulubionych reżyserów. Obraliśmy sobie za cel obejrzenie wszystkich jego produkcji. Teketeke jest kolejnym celem na naszej liście. Film ukazał się w tym samym roku co Groteska, lecz nie było nic o nim słychać.

Film zaczyna się od sceny, gdzie małe dziewczynki jadące autobusem opowiadają o miejskiej legendzie zwaną Teketeke. Jedna z pasażerek, która dostała lepa workiem mówi im, aby skończyły to opowiadać, bo to tylko bajka. Gdy wraca do domu przechodzi przez wiadukt i zaczyna gonić ją potwór, który przecina ją na pół. Potem akcja przenosi się do szkoły. Jedna z dziewcząt chce się spotkać z pewnym chłopakiem i prosi swoją przyjaciółkę, żeby poszła z nią na spotkanie. Podczas spotkania chłopak opowiada legendę o Teketeke. Ekipa wraca do domu, każdy w swoją stronę. Jedna z dziewczyn wracając napotyka dziwną istotę pozbawioną nóg i zostaje zabita, również przekrojona na pół. Jej koleżanka chcąc rozwiązać tą zagadkę zostaje zaatakowana przez tą postać, lecz udaje się jej wyjść cało z opresji. Starają się zdobyć jak najwięcej informacji o tym co zabiło ich przyjaciółkę...

Zacznijmy od plusów. Jakby nie patrzeć, fabuła jest dobra, tylko kiepskie rozłożenie historii i średnie wykonanie. Tytułowa Teketeke wyglądała konkretnie i morderstwa, które popełnia też wyglądają zacnie. Gorzej jest z ilością morderstw, bo jest ich tyle, że można je policzyć na palcach jednej ręki. W połowie filmu jest nużąco. Akcja toczy się wolno, są emocje jak na grzybach. 

Obejrzawszy inne filmy w reżyserii Koji'ego takie jak Noroi, czy Grotesque oczekiwałem nieco innego poziomu grozy, myślałem, że wróci do korzeni i zamaże przykre wspomnienia o Shirome, które oglądałem rok temu. 

Ci, którzy lubią japońskie kino grozy i znają dobrze postać Koji'ego niech nie oglądają tej pozycji, gdyż mogą się zwyczajnie zawieźć. Zostańcie przy Noroi, Kobiecie o rozciętych ustach, czy Grotesce.

SCREENY




TRAILER


OCENA
4/10

środa, 17 lipca 2013

Dziedzictwo (2005)


ZHAIBIAN / DZIEDZICTWO (2005)
reż. Leste Chen; scen. Dorian Li
kraj produkcji: Tajwan

Dziedzictwo to pierwszy tajwański horror z jakim miałam do czynienia. W ogóle rzadko się zdarzają produkcje z tego kraju. Czy jest to kolejna ciekawa opowieść dla fanów azjatyckich produkcji?
W początkowych scenach poznajemy Jamesa, młodego architekta, który  właśnie odziedziczył wielką posiadłość po bardzo bogatych przodkach. Po krótkich oględzinach spadkobierca postanawia wprowadzić się do owej posiadłości wraz ze swoją dziewczyną Yo. Wkrótce po tym urządzają „domówkę”, po której zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Przyjaciele bohaterów oraz wszyscy ludzie, którzy przekroczyli próg domostwa nagle zaczynają ginąć poprzez powieszenie, lecz nigdzie nie widać sznura, którymi ofiary by zostały uśmiercone. Zwłoki zawsze w dziwny sposób lądują właśnie w tym domu.
Wkrótce okazuje się, że 20 lat wcześniej w posiadłości tej doszło do zbiorowego samobójstwa. Piętnaścioro członków rodziny Yanga powiesiło się z niewyjaśnionych przyczyn. Przeżyła tylko jedna osoba, która postanawia zdradzić Yo tajemnicę swojej rodziny. Co to za tajemnica? Nie będę zdradzać bo to chyba najciekawszy moment w tym filmie. Po usłyszeniu opowieści przerażona dziewczyna wraca do domu, prosi Jamesa o sprzedaż posesji i rychłą wyprowadzkę. W odpowiedzi słyszy, że przecież w każdym domu dzieją się podobne rzeczy (serio w każdym domu znajduje się zwłoki swoich znajomych powieszone na niewidzialnym sznurze?) i że będą musieli tu pomieszkać przynajmniej przez jakiś czas. Sytuacja zaczyna się pogarszać, ginie przyjaciółka Yo a James usiłuje za wszelką cenę przerwać klątwę ciążącą nad jego rodziną.
Jestem wielką fanką opowieści o nawiedzonych domach jednak ten film nie do końca spełnił moje oczekiwania.  Całkiem ciekawy pomysł na fabułę, lecz realizacja wypadła słabo. Film ani przez moment nie był straszny, efekty dźwiękowe też nie powalały a gra aktorska nie była zbyt przekonywująca. Na prawdę wyśmienita była wpleciona w środek opowieść o martwych płodach no i trzymające w napięciu zakończenie.


SCREENY




TRAILER



OCENA
5/10

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Coming Soon (2008)


COMING SOON (2008)
reż. Sopon Sukdapisit; scen. Sopon Sukdapisit
kraj produkcji: Tajlandia

Sopon Sukdapisit, po współpracy przy takich produkcjach, jak "Shutter", czy "Alone", sam postanowił spróbować stworzyć solowe dzieło. No i tak powstał "Coming Soon". Nie wiedziałem, czego się po tym filmie spodziewać, czy utrzyma poziom "Shutter'a", czy Tajlandia dalej będzie w mojej czołówce krajów, które tworzą najlepsze horrory.

Na ekrany kin niebawem trafi nowy film "Coming Soon". Ekipa pracująca nad nim, ogląda przedpremierowo owoc swojej pracy. Po zakończeniu seansu, jedna z nich wraca na sale, bo wydaje się jej, że wszedł tam Pithou, reżyser. Lecz zamiast niego, spotyka tam kobietę, która umarła w filmie i ona sama ginie. Dwóch pracowników tego kina postanawia sobie dorobić do pensji i podmieniają taśmy z filmami. Następnego dnia Chen i Peoll robią kolejny przekręt, tworzą pirackie kopię filmu, by jeszcze więcej zarobić. Ale podczas tworzenia kopii, coś dzieję się z Peoll'em, on również znika. Chen miał nieprzyjemną rozmowę z typem, dla którego mieli załatwić przedpremierowo film. Chłopak próbuje się skontaktować z kolegą, dzwoni do niego i słyszy na sali jego dzwonek telefonu, okazuje się, że dźwięk wydobywa się z samego ekranu, a jego przyjaciel znajduje się w filmie. Som znajduje kamerę, gdzie była piracka kopia filmu, Chen tłumaczy się jej i mówi, że Peoll nie żyje. Okazuje się, że historia z filmu, jest zgodna z tą prawdziwą i każdy kto obejrzy scenę śmierci Shomby jest zagrożony...

Kończąc moją sentencje ze wstępu... Tak, "Coming Soon", utrzymał poziom, a Tajlandia nie straci miejsca mojej z czołówce, wręcz przeciwnie. Jak to w azjatyckim kinie grozy, możemy tu znaleźć sporo "jump scen", które robią niezłe wrażenie. Czy choćby charakteryzacja samej Shomby, która może nie jest super świetna, ale ta postać zapada w pamięci. Na dobrą sprawę nie ma minusów w tej produkcji. Akcja jest stosunkowo dynamiczna, nie było w sumie scen, które mogły widza zanudzić. Podobały mi się rozwiązania fabularne, jak na przykład ofiary Shomby trafiały na ekran, czy mroczna tajemnica, którą wisiała nad tą produkcją. 

Ogólnie rzecz biorąc, film jest wart obejrzenia. Dziewięćdziesięciominutowy seans nie będzie dla widza stracony. Nawet osoby, które nie przepadają za azjatyckimi produkcjami, powinni znaleźć z nim coś dla siebie. 

SCREENY




TRAILER


OCENA
8,5/10

wtorek, 29 maja 2012

Gra wstępna (1999)


GRA WSTĘPNA / AUDITION (1999)
reż. Takashi Miike; scen. Daisuke Tengan
kraj produkcji: Japonia / Korea Południowa

Takashi Miike, japoński reżyser znany z bardzo płodnego dorobku, który obraca się w różnych gatunkach kinematografii i często łączy je ze sobą. W świecie horroru zasłyną przede wszystkim takimi produkcjami jak Nieodebrane połączenie, Ichi zabójca czy właśnie Gra wstępna. Film zachwalany przez wiele osób, przez część znienawidzony. Ja uważam, że prawda leży gdzieś po środku.

Żona Aoyamy umiera. Mężczyzna przez siedem lat żyje samotnie wychowując swojego syna, który mówi mu któregoś dnia, żeby w końcu znalazł sobie jakąś kobietę i ponownie się ożenił. Jego przyjaciel z branży filmowej chce pomóc mu znaleźć partnerkę i obaj organizują kasting do filmu, na który ma się zgłosić trzydzieści dziewcząt. Aoyama zwraca szczególnie uwagę na skromną Asami, która kiedyś trenowała balet, a teraz chce spróbować sił w aktorstwie. Po przesłuchaniu, tego samego wieczora dzwoni do niej i umawiają się na spotkanie. Aoyamie wydaje się, że wszystko przebiega idealnie, lecz jego przyjaciel dowiaduje się, że dane Asami, które podała w zgłoszeniu do filmu są fałszywe. Zakochany nie zwraca na to uwagi i wyjeżdża z nią razem na weekend. Po upojnej nocy dziewczyna znika, a on dowiaduje się o niej przerażającej prawdy...

Audition na pewno wyraźnie można podzielić na dwie części. Jedna jest typowo obyczajowa. Przez godzinę oglądamy spokojne życie Aoyamy, gdzie poznajemy jego syna, widzimy jak stara się o Asami, jak spędzają wspólnie czas. Druga część jest o wiele mroczniejsza, gdy główny bohater odkrywa kim na prawdę jest jego ukochana. Na największą pochwałę zasługuje ostatnie pół godziny gdzie mamy świetną finalną scenę przy użyciu igieł do akupunktury. Muzyka, którą Miike oprawił swój film jakoś nie wysuwa się na plan, ani nie jest za daleko. Utwory muzyczne pasują w sam raz do melancholijności obrazu i za to także należy się plus. Więc jakie wady? Ano właśnie ta nieszczęsna pierwsza godzina, gdzie nic interesującego się nie dzieje. Rozumiem, że reżyser chciał bardzo szczegółowo zapoznać nas z sytuacją i bohaterami, ale to wszystko dałoby się upchać w trzydzieści minut a nie ponad sześćdziesiąt. 

Strasznie w filmie urzekła mnie gra aktorska, wtedy 23 letniej aktorki, Eihi Shiina. Idealnie wcieliła się w postać Asami, gdzie podczas postępu filmu przechodzi transformacje osobowości z niewinnej, skromnej, cichej i zagubionej dziewczyny w brutalną morderczynię, która stosuje bardzo okrutne tortury. Na uwagę zasługuje też scena gdzie więzień Asami zjada jej wymiociny. Przyprawić może o mdłości i co najciekawsze, do filmu wykorzystali prawdziwe wymioty Eihi Shiiny. 

Można orzec, że film wydaje się bardzo dobry i taki będzie dla ludzi, którzy nie liczą na szybką akcje tylko chcą bardzo wprowadzić się w życie bohaterów. Dla innych będzie on po prostu średnim filmem, bo pierwsza połowa przynudza. Mimo to polecam się z nim zapoznać ze względu na dobry finał.

SCREENY






TRAILER




OCENA
6/10