Każdy z
nas kojarzy takie wytwórnie filmowe jak 20th
Century Fox, Universal Pictures, czy Paramount Pictures. Istnieją
jednak również inne, mniejsze spółki trudniące się tym samym co
te trzy giganty. Jedną z nich jest Syfy, która postanowiła
zainwestować w film „Sharktopus”. Cóż, pewnie twórcy
Syfy nie wiedzieli co to słowo oznacza po polsku. Jednak w tym wypadku nazwa
wytwórni idealnie określa dzieło, które wyszło spod jej
skrzydeł.
Film
przedstawia historię amerykańskich naukowców, którzy tworzą
hybrydę ośmiornicy i rekina. Potwór ma być przez nich odpowiednio
sterowany i pomagać w walce z somalijskimi piratami. Niestety,
brawura dowódcy marynarki wojennej i chwila nieuwagi doprowadzają
do zerwania przez motorówkę super skomplikowanego nadajnika, przy
pomocy którego kontrolowano potwora. Rozpoczyna się pościg za
agresywnym zwierzakiem, który, korzystając z chwili wolności,
zaczyna rozkoszować się ludzkim mięsem z amerykańskich plaż. Sam
Sharktopus wygląda strasznie... słabo. To właściwie głowa rekina
poruszająca się na mackach ośmiornicy, zaminowana w bardzo
nieudolny sposób. Jego sposoby zabijania ludzi po prostu śmieszą,
co potęgują dodatkowo same ofiary. Aktorzy, szczególnie ci grający
rolę „posiłku” potwora, grają gorzej niż w znanych
produkcjach opiewających różne trudne sprawy, czy ujawniających
ukrytą prawdę. Bohaterowie pierwszoplanowi bazują na stereotypach.
Mamy więc młodą i ambitną panią naukowiec, odważnego i
nonszalanckiego Andy'ego- pogromcę rekinów, stanowczego badacza
oraz typowych amerykańskich nastolatków, którym w głowie tylko
imprezy pod palmami z czerwonymi kubeczkami. Najlepszą sceną jest
chyba finałowe starcie Andy'ego z hybrydą. Wykorzystano tam tak
niesamowite sztuczki akrobatyczne jak skoki z kamienia na kamień
oraz wymachy długim kijem.
Czy zatem warto
obejrzeć „Sharktopus”? Moim zdaniem tylko w wyjątkowych
sytuacjach. Trzeba lubić filmy tak złe, że aż dobre, przygotować
się psychicznie na 90 minut z absurdalnymi scenami i nie zwracać
uwagi na niedociągnięcia ekipy filmowej. Jeśli nie spełniacie
tych warunków, to czas poświęcony na dzieło Declana
Obrien'a będzie dla was stracony.
I pora na ostatnią część trylogii vomit gore (czemu my oglądamy takie filmy?). Zwieńczenie serii nosi bardzo ciekawy tytuł, który w sumie idealnie opisuje to co może się wydarzyć na ekranie. Tutaj może nie ma aż tak gęsto pokazanych brutalnych scen, ale jak już są to jedne z najmocniejsze jakie do tej pory widzieliśmy. Co jak co ale Lucifer Valentine przeszedł samego siebie.
Film zgodnie z tradycją nie łączy się w żadną logiczną całość. Mamy tu sceny w których oczywiście przeważają wymiociny. Weźmy na tapetę jedną z najbardziej wygrzanych, czyli jak dziewczyna ustawia kieliszki do wódki w szeregu, wymiotuje do nich i to wypija. Dochodzi do tego oczywiście bicie przez operatora kamery. Następnie mamy obrazoburczą scenę, gdzie ta sama kobieta masturbuje się krucyfiksem. Również nieźle miażdży, ale nie zaskakuje bo przypomnijcie sobie kultowego Egzorcystę. Natomiast opus magnum tego filmu to scena, jak protagonista zaczyna torturować kobietę w ciąży, następnie rozcina jej brzuch, wyjmuje nie do końca rozwinięte dziecko. Zaczyna je gwałcić, potem nim rzuca, a na sam koniec ćwiartuje, wsadza do miksera i wypija "koktajl"... Mistrzostwo brutalności.
Wiele osób po przeczytaniu pewnie uważa nas za nienormalnych, lecz niekonwencjonalne niszowe kino to jest to, czego czasem nam potrzeba. Aby nie było, że oceniamy film w samych superlatywach, to trzeba przyznać, że pierwsze pół godziny jest zbędne, bo poza oglądaniem nagich dziewcząt nie dzieje się nic ciekawego. W ogóle ta część jest najbardziej przesączona erotyzmem. W filmie użyto też lepszego sprzętu do nagrywania, przez co czytelność obrazu i jakość jest o niebo lepsza i do tego film w końcu został przystosowany do rozdzielczości panoramicznej.
Po obejrzeniu całe trylogii Lucifera Valentine'a jestem w 99% pewien, że już żaden film w tematyce gore mnie nie zaskoczy ani nie obrzydzi. Jest to zdecydowanie najmocniejsza seria jaka powstała w historii kina i zapewne długo nikt jej nie przebije. Film tylko dla ludzi o ultra mocnych nerwach i... pustych żołądkach.
Pierwsza moja myśl, gdy zobaczyłem, że wyszła dziewiąta część Władcy lalek zadałem sobie pytanie - ile jeszcze? Temat wydawał się już wyczerpany, przeczesany wzdłuż i wszerz. Były już sequele, prequele i inne wybujałe fantazje na temat tego filmu, lecz autorzy nie spoczęli i przygotowali nam kolejną część.
Akcja rozpoczyna się jeszcze przed samobójstwem Toulona. Młody chłopak, kaleka, przyjaźni się z mistrzem marionetek. Gdy ten zabija się przejmuje po nim mordercze lalki. Chłopak chce wyjechać na wojnę, lecz nie może z powodu kalectwa. Jego dziewczyna pracuje w fabryce, gdzie zatrudnia się pod przykrywką jeden z nazistów. Bohater śledzi go do jego kryjówki w Chinatown, gdzie wraz z japońską przywódczyni knują plan wysadzenia składu sekretnego składniku amerykanów do użycia podczas wojny. Chłopak wraz z lalkami chce mu przeszkodzić...
Pierwsze co jest największą porażką tego filmu - brak tu horroru! Już po trzeciej części można było to zauważyć i myślałem, że po tylu latach przerwy uda im się coś wykrzesać z tej historii, jednak jest źle. Aktorstwo jest słabe, fabuła jest słaba, muzyka jako tako daje rade. Jedyne czego nie spierdzielili to to, że są tu klasyczne lalki w klasycznym wyglądzie. Co prawda animacje są lepsze, ale niestety nawet i to nie uratuje tego słabego filmu.
Wszystko toczy się podczas drugiej wojny światowej. Mimo tego, że twórcy chyba niezbyt znają historie to ciekawie, że powrócili do tego motywu. Gdyby tylko to wszystko rozegrać inaczej... Fani będą zawiedzeni, inni niech omijają z daleka.
Jestem
pewna, że znacie, albo chociaż kojarzycie, „Ptaki” Alfreda Hitchocka. Zawsze zachwycają
mnie w nich niezwykłe, jak na lata 60. XX wieku, efekty specjalne, świetny
montaż i nieodłączna u mistrza dreszczowców idealnie dobrana muzyka potęgująca
napięcie. Co łączy ten klasyk gatunku z dziełem Jamesa Nguena? Atakujące ludzi
ptaki. Czy w takim razie można spodziewać się nieudanego naśladowania filmu Hitchocka?
Nie. Można, a nawet trzeba spodziewać się czegoś o wiele gorszego.
„Birdemic”
to, jak określił sam reżyser filmu, romantyczny thriller. Film ma dwie części.
Pierwsza z nich to ta uczuciowa. Poznajemy w niej Roda (granego przez Alana
Bagha), który po kilku minutach jazdy samochodem (widzowie mają okazję obejrzeć
trochę amerykańskiego pobocza) dociera do restauracji. Coś, co od razu powala
wszystkich na kolana to tragiczny montaż dźwięku. Przyznam się szczerze, że
myślałam, że jest coś nie tak z moimi głośnikami. Na szczęście okazało się, że
to z filmem jest nie tak. Wszystko do siebie nie pasuj e- kroki nie są
zsynchronizowane z ich odgłosem, a aktorzy otwierają usta po pierwszym słowie.
Czy trzeba lepszej zachęty? Nie sądzę.
W
restauracji Rod spotyka modelkę Nathalie. Wymieniają parę niezręcznych kwestii
i wymieniają się wizytówkami, przy okazji pokazując jak nie powinno wyglądać
aktorstwo. Rod
zmęczony szaleńczą jazdą i rozmową z
Nathalie wraca do domu i ogląda wiadomości. Niezbyt przejęta prezenterka
opowiada o dwóch najważniejszych problemach: topniejących lodowcach i
umierających niedźwiedziach polarnych. To nie wyprowadza z równowagi również
mężczyzny dlatego zachowuje zimną krew w pracy i załatwia firmie kontrakt wart
milion dolarów. Sprawy zawodowe mają się również świetnie u Nathalie. Po sesji
zdjęciowej w studiu „My studio. One hour photo” okazuje się, że dostała angaż w
Victoria Secret. Także dobre wiadomości
sypią się na bohaterów, jak na nas w tym roku śnieg w kwietniu, a Rod
postanawia zainstalować panele słoneczne. Bezcelowa informacja? Nie w obliczu takich
klęsk jak topniejące lodowce!
Swoje
sukcesy para postanawiają uczcić wspólnym obiadem. Widać, że są dla siebie stworzeni.Tak
samo nie potrafią grać, źle akcentują wypowiedzi i miewają nieskoordynowane
ruchy. Jednak takie wady to nic przy tym, co właśnie nadciąga. A nadciąga
najbardziej nieudany efekt specjalny w postaci trzech ptaków, które machają
skrzydłami, wydają dziwne odgłosy i w ogóle nie są podobne do ptaków. Jednak
taka anomalia nie bardzo wpływa na zachowanie bohaterów. Nathalie odwiedza
matkę, która również nie wie co to aktorstwo (może to rodzinne) a Rod uczestniczy
w wesołym zebraniu i zastanawia się nad stworzeniem firmy przyjaznej
środowisku.
W ogóle odniesienia do ekologii są tutaj dość częste. To chyba rodzaj
przesłania filmu- segreguj śmieci, bo będziesz skazany na zły montaż. Ehh
uwielbiam takie „smaczki” w filmach, te subtelne sugestie jak np. „Uwielbiam
mojego mustanga, który jest hybrydą” czy „Muszę sobie sprawić ekologiczny samochód”.
Jak widać James Nguen to demon takich aluzji.
Kiedy nasi aktorzy odklepali już nudne randki, od niewinnych flirtów przeszli
do bycia kochankami i przedstawili swoje bogate wnętrza (Bella Swan jest bogatsza
wewnętrznie od nich wszystkich razem wziętych), czas na część pod tytułem „dreszczowiec”.
Wybuchy, dym, dziwne odgłosy i latające gify ptaków. Jak się ustrzec przed
takimi bestiami? Odpowiedzią są… wieszaki. Tak, dobrze przeczytaliście. Nie broń,
naboje, czy prymitywny ogień. Rod i Nathalie, wraz z dwójką innych bohaterów,
uciekają z budynku otoczonego krwiożerczymi orłami uderzając w nie wieszakami. Szczęśliwie
docierają do auta i ruszają przed siebie. Podczas tej niebezpiecznej podróży
sprawdzają, czy martwi ludzie żyją (okazuje się, że nie) i zabierają dwoje
najbardziej denerwujących dzieci na świecie. Przy okazji okazuje się, że
strzelanie do ptaków nie jest takie złe, szczególnie, gdy z lufy pistoletu
wydobywa się ogień zrobiony w Paincie. Ten kto to zrobił, powinien zgłosić się
do Jamesa Camerona. Reżyser „Avatara” z pewnością wykorzysta drzemiący w tej
osobie potencjał.
Bohaterowie
spotykają również ornitologa, który tłumaczy im dlaczego są świadkami tej
ptasiej apokalipsy. Okazuje się, że to wina globalnego ocieplenia. Spalanie
węgla doprowadziło do oglądania straszliwej śmierci współtowarzyszy podróży.
Nathalie i Rod z pewnością mieli przed oczami te chwile, gdy myli zęby i nie
zakręcali kranu. Po wielu mrożących krew w żyłach sytuacjach ze zmutowanymi
zwierzętami, oni i dwoje dzieci trafiają do lasu. Od najdziwniejszego człowieka
na świecie dowiadują się, że las jest bezpieczny. Logiczne jest więc, że
opuszczają puszczę i udają się nad morze, aby stanąć nad jego brzegiem i
zakończyć film. Tak. To
jest zakończenie. Nie rozwiązuje nawet jednego wątku, niczego nie wyjaśnia. Jest wprowadzone totalnie bezsensu. Ptaki gdzieś
tam dalej latają, ktoś być może odstrasza je wieszakami a globalne ocieplenie
dalej powoduje nieodwracalne zniszczenia.
„Birdemic”
to jeden z tych filmów, które żenują do tego stopnia, że trzeba je obejrzeć. W
tej produkcji nie zgadza się zupełnie nic. Beznadziejne dialogi, tragiczna gra aktorów, nachalne eksponowanie
ekologicznego przekazu czy efekty specjalne do których ciężko mi dobrać
jakikolwiek przymiotnik. Ale to właśnie dzięki temu film wywołuje salwy śmiechu
i wprawia w takie osłupienie, że aż nie chce się wierzyć, że ludzie którzy
produkowali ten film patrząc na niego myśleli „Dobra robota! To się powinno
ludziom spodobać”. „Birdemic” jest dla ludzi, którzy są na tyle dziwni, że
lubią oglądać filmy z serii „tak złe, że aż dobre”. A wszystkim polecam
obejrzenie sceny z wieszakami. Jeśli wam się nie spodoba to nie posegreguję
dziś śmieci, a chyba nie chcecie zostać zabici przez ptaki.
reż.Daniel Stamm; scen. Huck Botko, Andrew Gurland
kraj produkcji: Francja, USA
Ostatni egzorcyzm to horror z popularnym ostatnio motywem egzorcyzmów. Nie dość, że motyw oklepany to jeszcze do tego stylizowany na dokument. Z czystej ciekawości obejrzałem tę produkcję, bo chciałem zobaczyć czy czymś mnie zaskoczy.
Wielebny Cotton Marcus odmawia kazanie w kościele w parafii jego ojca. Jest on znanym egzorcystą w okolicy, jednak chce skończyć z tym fachem bo nie przynosi on wystarczającego dochodu. Jednak przed odejściem postanawia przyjąć ostatnie zlecenie, które ma zostać udokumentowane na potrzeby filmu. Wraz z ekipą wybiera się na farmę Sweetzera, gdzie prawdopodobnie znajduje się opętana dziewczyna. Na miejscu głowa rodziny pokazuje im wybebeszone zwierzęta, zakrwawioną sukienkę córki Nell. Cotton przystępuje do rytuału. Wygląda widowiskowo, lecz to wszystko pic na wodę, fotomontaż, bo wszystkie efekty były ustawione. Po całej akcji odbiera honorarium i z ekipą udają się do motelu. A tu psikus! Po ich przybyciu z nienacka pojawia się tam Nell. Odwożą ją do szpitala i wielebny uznaje, że potrzebna jej pomoc psychiatry. Ojciec dziewczyny jednak prosi, aby ten odprawił kolejny egzorcyzm. Cotton jedzie po poradę do miejscowego księdza, lecz ten dużo nie może mu tu pomóc, bo rodzina Sweetzerów go nie lubi. Ekipa wraca ponownie na farmę i zastaje zakrwawionego i pociętego Caleba, czyli syna Louisa, a brata Nell. Ojciec zawozi go do szpitala, a podczas ich nieobecności dziewczyna zaczyna mieć znowu jazdy na bani. Ekipa przerażona chce się ewakuować stamtąd, ale Cotton postanawia odprawić swój tytułowy ostatni egzorcyzm... Film niczym się nie wyróżniał na tle innych horrorów w tym klimacie. Większość czasu było nudno i nic się nie działo, a jak były jakieś akcje to były to po prostu klony znanych dobrze filmów. Jedynie aktorzy dawali radę jako tako. Gdzieś po połowie filmu zaczęło się coś dziać, były momenty trzymające odrobinę w napięciu, lecz dla starych wyjadaczy horroru to nie będzie nic zaskakującego. Jedyne co było interesujące to samo zakończenie, ale nie zdradzę go wam. Miejcie przynajmniej trochę emocji podczas seansu. Gdyby zmienić kilka oklepanych patentów i dodać trochę rewelacji to byłaby to solidna produkcja, jednak moim zdaniem jest to zwykły średniak, film na jeden raz.
reż. Srdjan Spasojević; scen. Srdjan Spasojević, Aleksandar Radivojević
kraj produkcji: Serbia
Do czego może się posunąć człowiek robiąc film? Widzieliśmy już dużo horrorów gore, gdzie były pokazane tortury, porwania, obcinanie kończyn, brutalne mordy, gwałty i inne różne dewiacje. Tytułami znanymi najbardziej są takie serie jak Królik dośwadczalny czy August Underground. Po tych filmach byłem pewny, że widziałem już szczyt okrucieństwa, patologii i nienormalności. Jednak myliłem się, bo to co ujrzałem w Srpskim filmie reżyserii Srdjana Spasojevicia przechodzi na prawdę ludzie pojęcie.
Milos - gwiazda porno, która zrezygnowała z fuchy dostaje propozycje zagrania w kolejnej produkcji. Za rolę w filmie miał dostać solidne wynagrodzenie, ale sceptycznie do tego podchodził, bo fabuła została objęta tajemnicą. Początkowo odmówił, ponieważ chciał się zastanowić i porozmawiać o tym z małżonką. Po odbytej rozmowie przyjmuję tę rolę, bo gdy żona usłyszała kwotę to namawiała go aby się zgodził. Po przyjeździe na plan filmowy, okazuje się, że ten film będzie nagrywany w sierocińcu. Milos jest informowany na bieżąco o tym co ma robić w danym momencie. Scenariusz wydaje się mu się jakiś dziwny. Widzi scenę jak matka znęca się nad córką, potem ochrona ją wyprowadza. Następnie dzieje się erotyczna scena i powrót do domu. Opowiada żonie w domu, że średnio mu się to podoba i postanawia zadzwonić do brata policjanta, aby dowiedział się kim jest reżyser tej produkcji. Podczas kolejnego dnia nagrań, w trakcie sceny seksu oralnego na planie pojawia się małoletnia dziewczyna, a do tego aktorka boleśnie gryzie go w przyrodzenie i ekipa każe mu ją bić. Milos chce zrezygnować z filmu i kontaktuje się z bratem w sprawie jego prośby. Ten mu mówi, że koleś jest czysty i nic mu nie grozi. Aktor rozmawia z reżyserem na temat rezygnacji filmu, lecz jemu bardzo na nim zależy i go odurza. Nieświadomy sytuacji wraca spokojnie do domu, podczas podróży ma urojenia i nagle budzi się w domu obolały i zakrwawiony. Zaczyna mieć przebłyski w pamięci i postanawia ustalić co działo się przez ostatnie dni. Wszystkie wcześniej obejrzane przez mnie filmy gore były mocne, ale ten przeszedł sam siebie. Ilość okrucieństwa, zboczenia, brutalności i niekonwencjonalności jest taki, że to się w głowie nie mieści. Co ten scenarzysta ma w głowie? Jest mało prawdopodobne, że podejdę do tego filmu jeszcze raz bo takie sceny jak gwałt noworodka czy swojego syna wywołują szok i obrzydzenie, i na długo zostają w pamięci. Fajnie wyglądały wspomnienia Milosa, co powodowało, że film robił się jeszcze bardziej poryty i nienormalny. Nie mam pojęcia dla jakiej grupy ludzi jest przeznaczony ten film, bo chyba tylko ludziom fascynującym się gwałtami i morderstwami, a także innymi odstępstwami od norm się spodoba. Dla przeciętnego widza będzie to kino nie do przyjęcia, lecz jeżeli zadaniem tego filmu było wywołanie szoku i zachowania się w pamięci, to możemy tu mówić o arcydziele. Nie ma osoby, która by przeszła obojętnie obok niego, w której nie wywołał by jakichkolwiek emocji. Film dla ludzi o stalowych nerwach i psychice.
reż. Tod Williams; scen. Michael R. Perry, Christopher B. Landon, Tom Pabst
kraj produkcji: USA
Kolejna odsłona początkowo średnio zapowiadającej się serii Paranormal Activity tym razem powaliła nas na kolana. Reżyserem został Tod William, który współpracował aż z trzema scenarzystami i praca nie poszła na marne. Druga część jest jak na razie najlepszą częścią serii o demonie, który nawiedza rodzinę.
Rodzina Reyów wprowadza się do nowego domu. Kristi zaprasza do siebie siostrę Katie wraz z jej chłopakiem Micahem, żeby pochwalić się ich apartamentem. Zorganizowali imprezę w ogrodzie. Po zakończeniu wracają do domu i zastają totalny bałagan, jakby ktoś się do nich włamał. Małżeństwo przegląda czy nic nie zginęło i okazuje się, że zginął tylko naszyjnik co Kristi dostała od Katie. Dzwonią po firmę ochroniarską, która montuje im monitoring w całym domu. Martine, która jest gospodynią w ich posiadłości wyczuwa, że w domu są złe duchy. Stara się ich pozbyć swoimi rytuałami, lecz przez to zostaje zwolniona z pracy. Rozstawione kamery zaczynają uwieczniać dziwne rzeczy, które niepokoją niektórych członków rodziny, jak samozapłon palnika pod patelnią, albo wypływanie filtru basenowego z wody. Lecz Daniel uważa, że to zwykły zbieg okoliczności. Zdaje się, jakby ta dziwna siła uwzięła się na Ali, córkę Daniela. Na własną rękę nagrywa ona oddzielny materiał, żeby udowodnić ojcu, że ten dom naprawdę jest nawiedzony. Daniel nie potrzebuje dużo czasu, aby przekonać się, że Ali miała rację. Wydarzenia z kolejnych dni, na zawsze zmieniły losy rodziny...
Film początkowo zdawał się być monotonny, kamery przełączały się schematycznie, lecz trzeba było się skupić na wielu rzeczach naraz, co dawało świetny efekt, gdy już coś się wydarzyło. Z postępem czasu, film coraz bardziej trzymał w napięciu, było dużo efektywnych scen, po których siedziało się jak na szpilkach, czekając na dalsze wydarzenia. Multum elementów zaskoczenia, działa, jak najbardziej na korzyść tej produkcji. Akcja, gdzie Kristi siedzi w kuchni, a nagle otwierają się wszystkie drzwiczki w szafkach lub, gdy demon wyciąga ją z pokoju Huntera do piwnicy, czy finałowa akcja... Te momenty w filmie mogę oglądać bez przerwy i mimo, że wiem co się wydarzy, dalej robią na mnie piorunujące wrażenie.
Paranormal Activity 2, to rewelacyjna produkcja, która plasuje się na wysokiej pozycji ulubionych filmów redakcji Horror Fanatik. Czegoś mu brakowało, żeby uzyskał on maksymalną punktację, ale w pełni zadowala wymagający gust prawdziwych fanów kina grozy, za jakich się uważamy. Produkcja ta wchodzi bez popity i wzmaga apetyt na większą dawkę strachu. Najlepszy efekt można uzyskać urządzając sobie mały maraton, czyli obejrzeć wszystkie części naraz. Efekt będzie po prostu miażdżący.
reż. Steven R. Monroe; scen. Stuart Morse, Meir Zarchi
kraj produkcji: USA
Bez litości, to remake dobrego i całkiem znanego horrou Pluję na Twój grób z 1978 roku, który reżyserował Meir Zarchi, a w tym filmie został producentem wykonawczym i scenarzystą. Jak to bywa w przypadku nagrywaniu starych kultowych obrazów, mamy pewne obawy czy nie będzie to jakiś gniot. W tym przypadku remake wyszedł na dobre, obraz został przeniesiony do czasów współczesnych i widz może bardziej wczuć się w akcje na ekranie.
Młoda pisarka, Jennifer Hills, przyjeżdża na wieś, by pisać książkę. Po drodze zbłądziła, więc zatrzymuje się na stacji benzynowej, by zapytać o drogę. Upokarza tam przy okazji jednego z pracowników przy jego kolegach. Podczas miłego pobytu zdarza awaria toalety. Dzwoni po pomoc i przychodzi Matthew, hydraulik, który jest delikatnie ułomny. Dziewczyna w nagrodę daje mu buziaka. Chłopak chwali się tym swoim kolegom, których Jennifer zdążyła poznać podczas pobytu na stacji benzynowej. Cała banda postanawia złożyć jej wizytę, aby Matthew został rozprawiczony. Gdy znajdują się w jej domu zaczynają znęcać się nad nią psychicznie, każąc całować pistolet czy pokazywać zęby. Dziewczynie udaje się uciec i trafia na szeryfa w lesie. Ten odprowadza ją do domu, lecz okazuje się, że dogadał się ze zbirami. Jennifer zaczyna przechodzić piekło. Zostaje brutalnie zgwałcona przez wszystkich złoczyńców. Po całym zajściu skacze do jeziora. Gwałciciele postanawiają przeszukiwać cały teren dwa razy dziennie, aż nie znajdą ciała. Dziewczynie udaje się przeżyć i postanawia zemścić się na oprawcach w najbardziej okrutny sposób...
Fabuła filmu nie zmieniła się w porównaniu do pierwowzoru, co jak dla mnie jest wielkim plusem. Historia przedstawiona jest w naszych czasach, pisarka zamiast maszyny do pisania ma laptopa, telefon komórkowy. Film jest też o wiele bardziej brutalny. Nie dość, że sceny morderstw jakie dokonuje dziewczyna, to także mocne słownictwo zostało użyte. Druga połowa Bez litości to całkiem dobre gore. Mamy pokazane jak Jennifer topi jednego z gwałcicieli w ługu, lub sprawia, że kruki wydłubują oczy innemu. Bez litości zapisuje się w pamięci o wiele bardziej niż Pluję na Twój grób, może ze względu właśnie unowocześnienia. Pierwowzór wydawał się trochę archaiczny i sztuczny, ale także robił wrażenie, lecz nie wywołał u mnie tylu emocji co właśnie remake. Do gry aktorów nie można się przyczepić, a szczególnie urzekła mnie Sarah Bulter, która była główną bohaterką. Widać było, że zabijanie z zimną krwią sprawiało jej przyjemność. Film mogę z pewnością polecić fanom nie tyle strasznego co brutalnego kina. Ci co lubią klimaty takie jak Hostel czy Piła z pewnością nie będą zawiedzeni.