Blogger Tips and TricksLatest Tips For BloggersBlogger Tricks

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Niewierny (2005)


NIEWIERNY / FAITHLESS (2005)
autor: Karin Slaughter


Mówcie do chcecie, ale samo nazwisko autorki już intryguje aby sięgnąć po tą książkę! Karin Slaughter od lat już wypluwa thrillery, które skazane są na bycie bestsellerami i tak samo stało się w przypadku Niewiernego. Jeszcze o tyle ciekawe jest podejście autorki, że część kasy ze sprzedaży książek przekazuje bibliotekom na zakup nowych powieści.

Akcja rozpoczyna się od tego, gdy Sara, która jest lekarką i jej chłopak Jeffrey - policjant, podczas jednej z kłótni na świeżym powietrzu przypadkiem znajdują starą skrzynię, gdzie w środku jest martwa, nieletnia dziewczyna. Po analizie dochodzą do wniosków, że ta została pogrzebana żywcem. Rozpoczynając śledztwo znajdują rodzinną farmę ofiary. Cała jej rodzina jest fanatycznie religijna (nie wiem czemu od razu skojarzyło mi się z Dziećmi Kukurydzy) i podczas oględzin domu ekipa śledcza trafia na paczkę zapałek z klubu ze striptizem, gdzie ta rzekomo przebywała. Z rozwojem wydarzeń wychodzi na jaw, że nie była to pierwsza ofiara mordercy...

Autorka ma to do siebie, że sprawnie wtyka poza wątkami akcji, kryminału i grozy, także motywy z życia prywatnego bohaterów takie jak rozbite małżeństwa, kłótnie, spory. Co najlepsze - to wszystko ze sobą idealnie współgra. Przez to bardziej się "zaprzyjaźniamy" z postaciami i można lepiej się wczuć w akcje. Jest tu wiele zwrotów akcji, a co z tym idzie powieść się nie nudzi, ani nie dłuży. Dochodzi do tego główny motyw, czyli poszukiwanie tajemniczego mordercy co umieszcza ludzi w skrzyniach. Opisy tego wszystkiego są takie dokładne, że słabszym czytaczom może się zrobić gorąco.

Karin Slaughter urzekła mnie oryginalnym stylem, interesującym podejściem do sprawy a do tego ta powieść trzyma mocno w napięciu. Jestem pewny, że to nie ostatnia jej powieść po którą sięgnąłem, bo wstyd nie znać jej bibliografii. Polecam fanom dobrego thrilleru.

OCENA
8/10

czwartek, 12 grudnia 2013

Sharktopus (2010)


SHARKTOPUS (2010)
reż. Declan O'Brien; scen. Mike MacLean
kraj produkcji: USA

Każdy z nas kojarzy takie wytwórnie filmowe jak 20th Century Fox, Universal Pictures, czy Paramount Pictures. Istnieją jednak również inne, mniejsze spółki trudniące się tym samym co te trzy giganty. Jedną z nich jest Syfy, która postanowiła zainwestować w film „Sharktopus”. Cóż, pewnie twórcy Syfy nie wiedzieli co to słowo oznacza po polsku. Jednak w tym wypadku nazwa wytwórni idealnie określa dzieło, które wyszło spod jej skrzydeł.


Film przedstawia historię amerykańskich naukowców, którzy tworzą hybrydę ośmiornicy i rekina. Potwór ma być przez nich odpowiednio sterowany i pomagać w walce z somalijskimi piratami. Niestety, brawura dowódcy marynarki wojennej i chwila nieuwagi doprowadzają do zerwania przez motorówkę super skomplikowanego nadajnika, przy pomocy którego kontrolowano potwora. Rozpoczyna się pościg za agresywnym zwierzakiem, który, korzystając z chwili wolności, zaczyna rozkoszować się ludzkim mięsem z amerykańskich plaż. Sam Sharktopus wygląda strasznie... słabo. To właściwie głowa rekina poruszająca się na mackach ośmiornicy, zaminowana w bardzo nieudolny sposób. Jego sposoby zabijania ludzi po prostu śmieszą, co potęgują dodatkowo same ofiary. Aktorzy, szczególnie ci grający rolę „posiłku” potwora, grają gorzej niż w znanych produkcjach opiewających różne trudne sprawy, czy ujawniających ukrytą prawdę. Bohaterowie pierwszoplanowi bazują na stereotypach. Mamy więc młodą i ambitną panią naukowiec, odważnego i nonszalanckiego Andy'ego- pogromcę rekinów, stanowczego badacza oraz typowych amerykańskich nastolatków, którym w głowie tylko imprezy pod palmami z czerwonymi kubeczkami. Najlepszą sceną jest chyba finałowe starcie Andy'ego z hybrydą. Wykorzystano tam tak niesamowite sztuczki akrobatyczne jak skoki z kamienia na kamień oraz wymachy długim kijem.

Czy zatem warto obejrzeć „Sharktopus”? Moim zdaniem tylko w wyjątkowych sytuacjach. Trzeba lubić filmy tak złe, że aż dobre, przygotować się psychicznie na 90 minut z absurdalnymi scenami i nie zwracać uwagi na niedociągnięcia ekipy filmowej. Jeśli nie spełniacie tych warunków, to czas poświęcony na dzieło Declana Obrien'a będzie dla was stracony.

SCREENY




TRAILER


OCENA
1/10

niedziela, 8 grudnia 2013

Płoń, wiedźmo, płoń (1932)


PŁOŃ, WIEDŹMO, PŁOŃ! / BURN, WITCH, BURN! (1932)
autor: Abraham Merritt

Wydawnictwo Dobre Historie ponownie zaskoczyło fanów grozy. Najpierw w 2012 roku zaczęli wypluwać genialne czasopismo Coś na progu. Potem zaczęli atakować niezłymi powieściami z naciskiem na Cienie spoza czasu, a teraz rozpoczęli nową serię gdzie prezentują mniej znane w naszym kraju powieści grozy. Na pierwszy strzał poszło Płoń, wiedźmo, płoń, wydana oryginalnie w 1932 roku, za którą odpowiedzialny jest Abraham Merritt. Już sama okładka wygląda klimatycznie i jednocześnie kiczowato, czyli to co lubię najbardziej.

Cała akcja toczy się w Ameryce. Pewnego dnia podczas zwykłego dnia w szpitalu, nasz bohater dr Lowell, który jest neurologiem dostaje na stół pacjenta w dziwnym stanie. Jest to Peters - przyjaciel jednego z większych gangsterów Ricoriego. Mężczyzna ma zachowane wszystkie funkcje życiowe, lecz się nie porusza i ma przestraszony wyraz twarzy. Lekarz nie może znaleźć przyczyny tego stanu. Po jakimś czasie Peters umiera. Ricori próbuje odnaleźć przyczynę śmierci swojego znajomego i trafia do sklepu z lalkami prowadzonego przez niejaką Madame Mandilip. Okazuje się, że kobieta produkuje mordercze lalki...

Co jak co, ale ogromnym plusem powieści jest to, że łatwo wchodzi. Jest napisana przyjemnym językiem i nie wymaga większej koncentracji. Oczywiście grozy takiej jaką fani dobrego horroru by chcieli tu nie będzie, ale jest genialny klimat znany z kina klasy B, który ciężko w dzisiejszych czasach znaleźć. Sama historia jest ciekawa, a akcja również rozwija się sensownie i powieś najnormalniej w świecie wciąga. Z racji swojej grubości (lekko ponad 100 stron) bez problemu można ją zaliczyć w jeden wieczór. 

Dobre Historie interesująco zaprezentowali nam tą powieść, gdyż dodali jeszcze notkę biograficzną i różne informacje o autorze. Do tego format powieści jest taki sam jak Coś na progu, przez co wszędzie się zmieści i świetnie się prezentuje na półce. Jak za taką cenę warto mieć to cacko w swojej kolekcji.

OCENA
7/10

Za książkę dziękuje wydawnictwu: